Dzień szósty. Blue Grotto. Dingli Cliffs. Mosta- miasto ciszy.


To nasz ostatni dzień w tym miejscu a ja forsuję plan, by od rana pojechać do przystani Wied iż-Żurrrieq, skąd dawniej rybacy wypływali na połowy ryb a obecnie żyją głównie z przewozu turystów do Blue Grotto ( Błękitnej  Groty). 

Jeśli już komuś przyjdzie do głowy, to co mi- trzeba to zrobić koniecznie do południa, kiedy to słońce cudnie odbija się w tej niezwykłej jaskini- błękit wody, pomarańcz alg morskich, magiczna gra świateł. Mówię to zupełnie szczerze a uwierzcie, że mam doświadczenie w zwiedzaniu błękitnych grot ( choćby w Grecji czy Włoszech), które krótko mówiąc zwykle okazywały się największymi wtopami wakacji. Ta przejażdżka dla odmiany, będąca oczywiście szczytem turystycznej komercji ,ma w sobie jednocześnie coś magicznego. Morze jest wzburzone i to powoduje już w nas pewną adrenalinę a stopniowanie atrakcji ( zatrzymujemy się w sumie w siedmiu jaskiniach, w tym boskiej Reflection Cave, Honeymoon Cave czy Cat’s; Cave) daje spotęgowany efekt- zgodnie stwierdzamy, że to najfajniejsza wersja atrakcji typu „błękitna jaskinia”, którą widzieliśmy w życiu ( koszt 8 EUR od osoby, czas: 30 minut)










Niedaleko Blue Grotto znajduje się bardzo polecane przez przewodnik Lonely Planet, lubiane przez miejscowych, naturalne kąpielisko Ghar Lapsi, ale mojej rodzinie nie przypada do gustu i ostatecznie po krótkim spacerze decydujemy się zamiast- pojechać do miasteczka Ta’Quali Crafts Village ( niby nie po drodze, ale dysponując autem dojazd 15 km nie stanowi żadnego problemu)






Jedziemy tam w konkretnym celu- Zosia chce kupić „teściowej” ( hmm, może melodia przyszłości, ale nie mam nic przeciwko temu-J) ręcznie wykonany półmisek z rybami w z zakładzie ceramiki Bristow Potteries- to  zakup do tzw. kompletu, gdyż  będąc na Malcie Agnieszka zakupiła sobie misę z tej serii.
Przepiękna ceramika! Zakupy udane- ja również nabywam pamiątkową miskę w kształcie sałaty- duża radość!






Na wieczór zaplanowaliśmy dwie rzeczy- zachód słońca na klifach ( Dingli Cliffs) i spacer po zmroku po „mieście ciszy”- Mdinie.
Zanim wyruszyliśmy na Maltę, przeczytałam prawdopodobnie większość dostępnych blogów i parę przewodników- tak to u mnie zwykle działa. Bardzo sobie cenię wszystkie porady, rekomendacje, uwagi-korzystam z nich, mieszam, wybieram- tworzę własną wersję podróży a w konsekwencji również bloga.
O klifach naczytałam się, że są piękne, że warto- szczególnie o zachodzie Słońca. To wszystko prawda a jednak jak zawsze zależy od perspektywy- niecałe dwa miesiące temu miałam okazję być w Irlandii i obrazu Moher Cliffs na ten moment nic nie jest w stanie przebić. Na pewno nie Dingli Cliffs. Chociaż jest to najwyższe miejsce na Malcie ( jeśli wierzyć przewodnikom). Na morzu można dojrzeć niezamieszkałą wysepkę Filflę, będącą ostają ptaków. W dawnych czasach klify stanowiły ponoć naturalny system obronny i nawet najsprytniejsi piraci mieli problem z pokonaniem tej naturalnej ściany.
Miejsce jest mimo wszystko sympatyczne, dość odosobnione, choć dociera tam publiczna komunikacja autobusowa ( 1 autobus x 1 raz na godzinę)- tuż przez zachodem Słońca nagle znikąd pojawiły się niewielkie grupy japońskich turystów.  













My- korzystając z rekomendacji przewodnika Lonely Planet wcześniej rezerwujemy stolik w restauracji The Cliifs  ( w sezonie rezerwacja konieczna!)
Świetna restauracja prowadzona ( jeśli wierzyć przewodnikowi) przez dwóch lokalnych braci, pełniąca jednocześnie rolę informacji turystycznej i sklepiku z regionalnymi przysmakami, z potrawami, do których naprawdę trudno się doczepić-J Szczerze polecamy!

https://www.thecliffs.com.mt/menu/

















 
„Na deser” zostawiamy sobie Mdinę- zwaną „miastem ciszy” i polecaną, by odwiedzić ją właśnie po zmroku. Wcześniej próbowałam via booking.com zorganizować nocleg w Mdinie, ale się nie udało. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Dawna stolica Malty ( znana jako Medyna) jest prawdopodobnie jednym z piękniejszych miast w basenie Morza Śródziemnego. Już w ciągu dnia podziwialiśmy ją z daleka, gdyż położona na wzgórzu widoczna jest z odległości wielu kilometrów stanowiąc imponujący punkt orientacyjny. Obiecuję sobie, że jeśli kiedykolwiek wrócę na Maltę, to zorganizuję pobyt w ten sposób, by w Mdinie spędzić więcej czasu.
Tymczasem włóczymy się po wąskich uliczkach, podziwiamy katedrę św. Pawła i odnajdujemy kolejne, brytyjskie ślady. Korzystamy z rekomendacji Patryka i wstępujemy na drinka do cudownie położonej knajpki Fontanella Tea Gardens & Vinum Wine Bar. Jesteśmy po kolacji, ale serwowana tu pizza i drobne przekąski wyglądają wybornie!
























Komentarze