Malta. Dzień trzeci. W drodze do St. Julian's.


Rano opuszczamy Gozo a ja mam poczucie, że za szybko, że niepotrzebnie.. To prawda, wysepka jest mała i w ciągu tych dwóch dni udało się ją praktycznie całą objechać i zwiedzić, ale pojawia się we mnie chęć pozostania dłużej, takiego zwykłego pobycia, zatrzymania tu i teraz, w końcu są wakacje. Mam wrażenie, że nikt z mojej rodziny, nawet Maciej, nie podziela mojego zachwytu Gozo- zresztą i tak klamka zapadła- mamy przecież plan, zarezerwowane wcześniej noclegi.
Przeprawa promowa znowu jest szybka i bezbolesna- żadnych korków ani nawet czekania na prom. Po 45 minutach jesteśmy znowu na Malcie.
Myślimy o kąpieli i najpierw kierujemy w stronę Melieha Bay. Ta piaszczysta, długa plaża ma bardzo wielu zwolenników, ale cóż- nam zupełnie nie przypada do gustu: kilometry ciągnących się kolorowych parasoli wzdłuż mocno uczęszczanej drogi- nie decydujemy się nawet na krótki postój

Zamiast, zbaczamy w kierunku Ras il-Qammieh i jest to jeden z tych momentów, które mogły się wydarzyć, bo przemieszczaliśmy się autem. Co prawda spotykamy po drodze parę śmiałków, którzy w przeraźliwym dziś upale postanowili dotrzeć w to magiczne miejcie piechotą, ale nie oszukujmy się- auto bardzo się przydaje-😊Ras il- Qammieh to istny koniec świata, miejsce w którym  słońce i ciepły wiatr  czuje się na skórze i w nozdrzach a cisza jest tak wszechogarniająca, że słychać każdy krok, który robimy na piaszczystym podłożu, by zbliżyć się do krawędzi i zajrzeć w dół, ostatni raz spojrzeć na Gozo.




Najładniejsze widoki- na przepiękną Anchor Bay- rozciągają się co prawda bliżej „głównej drogi", prowadzącej do skrzyżowania, na którym wznosi się przedziwna budowla- Red Tower.

Chęć kąpieli prowadzi nas w poszukiwaniu mniej tłocznej plaży- już na samych drogach, po liczbie aut widać, że ludzi jest tu znacznie więcej niż na Gozo, cóż, w końcu to szczyt sezonu.
Docieramy do polecanej w przewodnikach plaży na zachodnim wybrzeżu, zlokalizowanej obok lubianej Golden Bay- Ghajn Tuffieha Bay ( co po maltańsku znaczy ponoć „ Spring of the Apples”)
Plaża bywa mniej zatłoczona z powodu dość męczącego zejścia- z niewielkiego parkingu trzeba pokonać 186 schodów w dół ( a później w górę)- ale dziś wszystko wskazuje na to, że nawet schody nie stanowią bariery dla spragnionych plażowania. Na miejscu można wypożyczyć leżaki i parasole, działa przyjemna knajpka a my zupełnie przez przypadek spotykamy znajomych –Nataszę i Miquela-😊  World is small! Tak czy siak- jest to dość przyjemne miejsce do plażowania.




Orzeźwieni kąpielą postanawiamy dotrzeć i ulokować się w miejscu, które na cztery koleje doby stanie się naszym punktem wypadowym do zwiedzania wyspy- hotelu Alexandra w miejscowości St. Julian’s.

https://www.booking.com/hotel/mt/alexandra-palace.pl.html?aid=311097;label=hotel-17544-mt-3JUHZSutl8R4avgeIVr1SwS267225296152%3Apl%3Ata%3Ap1%3Ap2%3Aac%3Aap1t1%3Aneg%3Afi%3Atiaud-285284110486%3Akwd-2523189181%3Alp1011615%3Ali%3Adec%3Adm;sid=44d7dbfdc75b70f25a3a3f6286e9e69f;dest_id=-19052;dest_type=city;dist=0;group_adults=2;group_children=0;hapos=1;hpos=1;no_rooms=1;room1=A%2CA;sb_price_type=total;sr_order=popularity;srepoch=1568100822;srpvid=1517352ad4de000f;type=total;ucfs=1&#hotelTmpl

Naczytałam się, że St. Julian’s to taka niby trochę Nicea ( hmm, faktycznie jest promenada), a trochę taki New York Malty ( sic!)- w każdym razie, że to fajna, imprezowa miejscówka  ( to akurat 100% prawda- bardzo imprezowa) i dobra baza wypadowa do zwiedzania wyspy. Moja mina musiała zmieniać się w sposób, którego nie dało się ukryć-gdy tylko przekroczyliśmy granice St. Julian’s ( choć tego akurat nie jestem pewna- tu na Malcie wszystkie miejscowości łączą się ze sobą w jeden, wielki, pulsujący i napędzany słońcem organizm) wiedziałam, że był to bardzo zły wybór. Szczególnie nasz hotel, zarezerwowany przez booking.com, położony jest w obrzydliwym miejscu, na uliczce z widokiem na remonty innych mini- wieżowców, otoczony zewsząd betonem i hałasem trwających robót. Brr!

Sam hotel jest świeżo po remoncie i obiektywnie to takie 3*, pewnie adekwatnie do ceny. Na dachu ma basen ( to było jedno z kretyńskich determinantów wyboru, dzięki Zuzu-😊) i dość duży, ale monotonny wybór jeśli chodzi o śniadania. Niedaleko stąd to dość urokliwej zatoczki, wokół której zlokalizowane są liczne knajpki. Hitem są wszechobecne imprezownie, takie drink bary raczej niż puby, oferujące 400 shotów w cenie 129 EUR.



Po raz pierwszy byłby problem z parkowaniem auta na ulicy- korzystamy z podziemnego, strzeżonego parkingu miejskiego niedaleko hotelu Hilton w części zwanej Portomaso.



Spacer poza hotel trochę poprawia mi humor- najpierw całkiem niezła kolacja w polecanej przez Bandę Hedonistów by Krytyka Kulinarna ( szukać na FB) restauracji Bianco, gdzie obsługuje sympatyczny Polak. Dobre owoce morza, makarony, pizza i świetne, maltańskie Sauvignon Blanc.







Później wizyta w niesamowitym miejscu- tzw. Cat’s Village- to takie kocie schronisko na świeżym powietrzu, założone przez miłośniczkę kotów i utrzymywane głównie z datków- bardzo fajny koncept a słodkie kociaki tak bardzo wzmogły naszą tęsknotę za Czarnym.







Sympatyczny spacer po ładnej części St. Julien’s ( tak- miasteczko ma też swoje ładne części i to w bardzo niewielkiej odległości od naszego hotelu)




Wieczór kończymy w klimatycznej knajpce nad zatoką, która tak bardzo przypomina nam Kubę. Łezka w oku się kręci, bo chyba zgadzamy się, że zeszłoroczne wakacje na Kubie były tymi, jak do tej pory, najcudowniejszymi..











Komentarze