Malta. Dzień czwarty. Three Islands Sailing Trip.

Zacznę od tego, że mimo upływu lat i licznych podróży oraz kilku spektakularnych wpadek- nadal lubimy chociaż jeden dzień wakacji spędzić na wodzie, poznać miejsce z drugiej, wodnej perspektywy i trochę się po prostu wyluzować. Kiedy podróżuje się większą grupą, co zdarzało się nam się często, choć ostatnimi czasy- coraz rzadziej, temat jest prostszy. Można wypożyczyć na wyłączność całą łódkę czy motorówkę i z wyluzowanym kapitanem spędzić dzień swoich marzeń, bez ram czasowych i ograniczeń ( no chyba, że na jeziorze- jak w Macedonii- przebiega granica kraju)

Tak czy siak- szukaliśmy opcji spędzenia takiego właśnie dnia i tu przyszedł nam z pomocą portal
www.maltaigozo.pl , który polecam z całego serca. Prowadzony i naprawdę na bieżąco updatowany przez mieszkającą na Gozo parę- Kasię i Pawła- jest źródłem inspiracji i najbardziej możliwie aktualnym przewodnikiem ( szczególnie ich profil na Facebooku).
Korzystając z portalu można nie tylko poczytać o mniej typowych sposobach zwiedzania Malty i Gozo ( m.in., safari czy rejsy), ale też zarezerwować jedną z takich wycieczek z 20% rabatem.

My zdecydowaliśmy się na wycieczkę Three Islands Sailing Trip, czyli rejs po najpiękniejszych zatokach Malty ( po zniżce 48 EUR za osobę dorosłą). To co skusiło nas najbardziej, to przystanek na pływanie w bodajże  najbardziej znanej zatoce wyspy Comino- Blue Lagoon. Z założenia nasza piękna, drewniana  turecka guleta o wdzięcznej nazwie „Barbarossa” zwykle przybija do zatoki przed wielkimi, promowymi wycieczkowcami wypływającymi z Silemy.  Najprawdopodobniej i tym razem tak się stało- mimo 40 minutowej obsuwy czasowej jeśli chodzi o odebranie nas z hotelu ( transfer praktycznie z całej Malty i Gozo w cenie, guleta odpływa z mariny Mgarr), ale faktycznie gdy zatrzymaliśmy się na pływanie, wycieczkowców nie widziałam. Woda w rejonie sławnej Blue Lagoon była krystaliczna, rześka, obłędnie przyjemna.




















Ale podobnie oceniam kąpiele w innych, boskich zatokach, w których się zatrzymywaliśmy ( Cristal Lagoon, Paradise Bay czy Armier Bay) a tam byliśmy praktycznie sami.












Przez cały rejs sympatyczny i żartobliwy kapitan Chris opowiadał ciekawe historie, jak np., tę o Popeye’s Village, do której podpłynęliśmy.








Atmosfera z każdą godziną stawała się coraz mniej formalna, bo  w cenie oprócz wody oferowane jest niezłe, zimne, maltańskie wino-😊 Na szczególną pochwałę zasługuje sposób podania lunchu  w formie bufetu ( również w cenie)- proste ale bardzo świeże potrawy typu makaronowe i ryżowe sałatki, duży wybór warzyw, oliwki, tuńczyk, owoce- naprawdę wyśmienity posiłek.
Ogólnie bardzo polecam ten rejs- mam wrażenie, że jest tak, jak piszą Kasia i Paweł na swoim portalu-  mimo oczywistych znamion komercji, jest to rejs organizowany przez niewielką, rodzinną firmę, która dba o szczegóły i zależy im, by nawet w szczycie sezonu goście mogli poczuć się wyjątkowo-😊
Właśnie dzisiaj na owej „Barbarossie” dowiedzieliśmy się, że Zosia jednak dostała się na wymarzoną stomatologię  również do Poznania- i już nic tego wieczoru nie było spokojne a relację z chińskiej restauracji w St. Julien’s sobie podaruję, bo mogłabym być nieobiektywna  ( choć doskonale pamiętam, że kaczka po pekińsku była raczej słaba a zamówione przez Macieja wino za słodkie-😊)
W każdym razie- my tu wszyscy ( i pewnie Rysiu z rodziną  na drugiej półkuli ) cieszyliśmy się  i świętowaliśmy sukces Zosi.



 


Komentarze